FRANKENSZTAJN

Bardzo mroczna sztuka, dla ludzi o mocnych nerwach i otwartej głowie. Występują w niej cztery osoby: En, Frank, Sztajn i Frankensztajn. Fabuła nie ma żadnego związku ze słynną powieścią Mary Schelley. Rzecz opowiada się od tyłu, a dzieje się w zakładzie pogrzebowym, bo Frank, En i Sztajn już nie żyją, potem przenosi się do karetki pogotowia, gdzie Sztajn w okrutny sposób obchodzi się z Frankiem („łowcy skór“ z łódzkiego pogotowia mogliby się paru rzeczy od niego nauczyć). Kolejnym miejscem akcji jest narkotyczna impreza w domu jednego z bohaterów, by skończyć się w bardzo specyficznych zaświatach, których odkrywcą i twórcą jest Sztajn. Sztajn w jakiś sposób buntuje się przeciwko Bogu, wychodząc z założenia, że przecież wszystko wolno, a człowiek, który tak szybko umiera i tak łatwo się starzeje jest karykaturą stworzenia. Nie myli się w tej sztuce w swoich założeniach. Jak postmodernistyczny Prometeusz (być może Chrześcijanie nazwaliby go diabłem) Sztajn odkrywa dla ludzi niebo tylko sobie znane. Jednak aby być zbawionym, trzeba przejść swoistego rodzaju Holokaust.